piątek, 17 lutego 2017

Long story short #1

Nie mogłam zasnąć.
Przewracałam się z boku na bok.

Dlaczego?
Nie mogłam spać, bo dzień wcześniej do późna załatwiałam sprawy. W zasadzie do bardzo późna.
Rano dzwonił budzik. Wyłączyłam. Chciałam wstać zaraz. 
Nie wstałam.
Spojrzałam na zegarek- 11.
Pomyślałam- "jak dobrze, że mam wolne".
Dzień minął mało produktywnie. 
Następny dzień też miał być wolny, jednak chciałam być produktywna.
Ustawiłam budzik na 6.30.
Po 22 poszłam pod ciepły prysznic. Wypiłam ciepłą herbatę.
Poczytałam książkę.
Chwilę po północy leżałam już w łóżku.

Nie mogłam zasnąć.
Przewracałam się z boku na bok.
Liczyłam owce- jedna owca, druga owca, trzecia owca... sto piętnasta.
Liczyłam oddechy- jeden <wdech-wydech> dwa <wdech-wydech>, trzy <wdech-wydech>... dwieście szesnaście <wdech-wydech>...
Próbowałam sobie wyobrazić coś uspokajającego. Mój mózg nie chciał współpracować. Uff, w końcu zaczął.
Wyobraźnia działa, spokojne miejsce, ja unoszę się na ciepłej wodzie...
Sąsiedzi zaczęli się kłócić. Było tuż przed drugą. 
Rozbudziłam się. 
Znów próbowałam liczyć:
oddechy- jeden <wdech-wydech> dwa <wdech-wydech>, trzy <wdech-wydech>... dwieście szesnaście <wdech-wydech>...
owce- jedna owca, druga owca, trzecia owca... sto piętnasta.
Zaczęły mi przeszkadzać światła z ulicy. Zasłoniłam okno.
Sąsiad zaczął chrapać.
Nie mogłam się skoncentrować na liczeniu oddechów.
Sąsiedzi znów zaczęli się kłócić.
Spróbowałam wrócić do fantazji z wodą. 
Jeden sąsiad chrapie, drugi drze ryja.
Skoncentrowałam się bardziej. 
Jest! Udało mi się- znów Znów leżę na ciepłej wodzie w spokojnym zakątku, słyszę jej cichy plusk...
Zachciało mi się siku.
Kurwa.
Poszłam za potrzebą.
Zapomniałam założyć kapci.
Nogi mi zmarzły jak sam skurwysyn.
Zdenerwowałam się.
Weszłam pod kołdrę.
Nadal było mi zimno w mogi.
Przykryłam się dodatkowym kocem.
Zrobiło mi się gorąco. Chociaż nadal było mi zimno w nogi.
Zdjęłam koc. Wstałam.
Założyłam skarpetki.
Położyłam się spowrotem.
Było mi zimno. 
Próbowałam zasnąć.
Mózg zaczął przypominać o sprawach do zrobienia.
Tym bardziej nie mogłam zasnąć.
Sąsiedzi przestali się kłócić, sąsiad nadal chrapał.
Zaczęłam mimowolnie myśleć o morderstwie.
Ogarnęłam się.
Jeden oddech <wdech-wydech> dwa <wdech-wydech>, trzy <wdech-wydech>... sto osiemnaście <wdech-wydech>...
Uff. Zaczęło mi się robić błogo.
Zasypiałam.
Dziecko u sąsiadów zaczęło płakać.


Nie mogłam zasnąć,
...

poniedziałek, 13 lutego 2017

Och, marzec... dawno trochę był, niedawno też.

Ale cóż, natura nie znosi próżni. Jakiżby urok miało życie, gdyby cisza, spokój i błogość nie była zakłócana paradą przedziwnych osobowości, głupich pomysłów i jeszcze głupszych ich realizacji? No jaki?
Tak więc tak. Po latach pociągowo-samochodowo-motocyklowych szwędaczek z namiotem na plecach postanowiłam znów zacząć podróżować stopem.
Tak.
Ponieważ nasze lokalne, polskie świry dostarczają czasem zbyt mało wrażeń.

A ponieważ podejmowanie spontanicznych decyzji na >BARDZO< ostatnią chwilę to moja specjalność postanowiłam opuścić wieś wionącą ciszą, spokojem i lekko tylko ześwirowanymi sąsiadkami.
Właśnie, sąsiedzi.Powinnam im poświęcić oddzielny wpis.
To co, lecimy?

Dziwaczni sąsiedzi. Bo kto z nas ich nie ma?
No kto, kto przez całe swoje życie nie miał chociaż jednego dziwacznego sąsiada ręka w górę. No? No? No właśnie, każdy miał. Nie miałeś? Nie martw się, świat pełen jest świrów.
Oni nie zawsze są upierdliwi, irytujący i ciężcy we współżyciu. Czasem jest to zupełnie nieszkodliwy bzik, ot-po prostu. Na przykład miałam sąsiada, który boi się cholesterolu. Od dwudziestu-paru lat dzień w dzień robi minimum 5 km spaceru lub jazdy rowerem i zachęca do tego innych emerytów. Skutki są bardzo wporzo- gość ma 80 lat a trzyma się fantastycznie. Bo się boi cholesterolu. Są też na pewno jakieś inne przykłady pozytywnie ześwirowanych sąsiadów, ale nie czarujmy się inni mi się nie trafili.

Tak więc pewnego deszczowego dnia wyszłam z domu. Tak całkiem normalnie, bez ceregieli i zbytmniego się cyrtolenia, Wieczorem składałam parasol w drzwiach klatki schodowej. Pod małym daszkiem kuliła się z papierosem K, moja druga sąsiadka z piętra.
- Widziałaś? - zapytała z uśmiechem
- To idź, zobacz.
Zawsze wiedziałam, że Szanowna Pani mieszkająca obok ma nierówno. Wszyscy to wiedzieliśmy i zawsze z K. zastanawiałyśmy się wieczorami, co Szanowna Pani wymyśli tym razem.
No i wchodzę,
Wchodzę na piętro i szczęka spada mi do podłogi.
Na półpiętrze i piętrze leży dywan.
Dywan.
Jesienią.
Nie byle jaki dywan, taki z długim włosem, docięty na wymiar. No nic, wytarłam buty na wycieraczce i wstąpiłam na ten "niebiański przybytek", bo przecież się na piętro nie teleportuję.Pod wycieraczkami położyła nam folię, co by się śliczny jasny dywan za mocno nie ubrudził. No nic.
Czekałam.
Sąsiadka nie kazała mi jednak czekać zbyt długo. Następnego dnia czatowała na mnie, by wyłożyć mi, ile wynosi zrzutka na dywan i jakie są warunki z jego korzystania.Tak między Bogiem a prawdą to niewiele mnie to obchodziło- moja gospodyni od razu postawiła sprawę jasno- najmujesz mieszkanie, nie klatkę schodową. Jak Szanowna Pani będzie coś chciała, powinna się skontaktować ze mną. Z racji tego, że sąsiedzi ustalili, że na każdym piętrze co sobotę jest kolejka na mycie schodów zakres mojej pracy znacząco się pomniejszył. Przecież nie będę na tę okazję kupować odkurzacza i odpowiednio długiego kabla. K. podobnie, w związku z czym rozpętała się istna batalia.
O brudny dywan.
W jesienną pogodę.
Bezcenne doświadczenie.

Lecz pewnego dnia... dywan znikł. Tak po prostu. Wczesnym rankiem, tuż po 5 wychodząc z mieszkań owiała nas czarna groza.
Zbliżały się święta. Prym przejął obrusik z aniołkami Jedai dzierżącymi miecze świetlne leżący na szafce.

Dywan pojawił się jeszcze kilkukrotnie. Na imieniny Szanownej Pani, na Matki Boskiej Zielnej... na Pieniężnej się, niestety, nie pojawiał.

Korowód wspomnień dotyczących świrniętych sąsiadów pojawia się, kiedy moi nowi sąsiedzi uczą się grać na gitarze i śpiewać. Od października do Trzech Króli śpiewali kolędy. Teraz ćwiczą już na Wielkanoc. Weseli są też staruszkowie z parteru- zapraszają znajomych na herbatkę (chyba?) i śpiewają radośnie "Wesołe jest życie staruszka, ha-ha!..." i inne podobne skoczne piosenki. I niby pozytywnie, niby fajnie... kilka razy w tygodniu. Kiedy próbuję się skupić. I mam ochotę po pewnym czasie walić głową w ścianę. Albo zamieszkać w pustelni, ;)

To co, drogi Czytaczu- do przeczytania szybciej, mam nadzieję!

czwartek, 3 marca 2016

Mniej-więcej od połowy września zaczął mi się srogi zapierdol. I kombinatoryka zarządzania czasem, żeby mieć go chociaż na to, żeby się, za przeproszeniem, wysrać.
Bycie ciągle zajętym ma swoje plusy. Na przykład nie masz ani czasu ani chęci zajmować się dyskusjami z wszelakiej maści kretynami. Nie masz też czasu na zbyt wnikliwe obserwowanie otoczenia, więc znacznie mniej absurdów i dziwacznych sytuacji Ci się zdarza, bo najzwyczajniej w świecie ich nie dostrzegasz. No i tak to się toczy, powoli do przodu od weekendu do weekendu kiedy obiad jesz wcześniej, niż o północy a 6 godzin snu staje się luksusem.

Aż do momentu, kiedy z przyczyn ode mnie niezależnych- ja, Kot, musiałam zrezygnować z 90% dotychczasowych zajęć. No i się zaczęło.

Na początku było wspaniałe uczucie wolności, spokoju i czystej radości kiedy nie trzeba było wstać o 5 i z wywieszonym ozorem lecieć na przystanek lokalnego PKSu. Nagle znalazł się czas na zjedzenie śniadania, przeczytanie wszystkich zapisanych w zakładkach przeglądarki ciekawych artykułów, przejrzenie nieprzejrzanych zdjęć z wypadów, poczynienie planów, nadrobienie zaległości książkowych i wszelakie inne rozpustne rozkosze, którym można się oddać gdy ma się odrobinę wolnego czasu.
I wszystko było iście fantastyczne, DO MOMENTU. Do momentu, w którym przeczytałam wszystkie książki, jakie mam w domu. Do momentu, w którym komputer (jakiś czas po stjupidfonie) wyzionął ducha a basen został opanowany przez dzieciarnię głodną darmowego wejścia w ferie. Ileś-tam garnków gulaszu, kilkanaście litrów yerby, kilkanaście butelek po alkoholu i kilka wypalonych gramów później wreszcie, WRESZCIE to do mnie dotarło: nie mogę mieć za dużo wolnego, bo dostaje pierdolca. Nicnierobienie sprawia, że nie chce mi się wychodzić z łóżka a piżama i włochate skarpetki stają się moim głównym infitem (bo przecież nie powiem, że outfitem :D). Swoją drogą... za mało wolnego też nie mogę mieć, bo przychodzi moment, kiedy mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady- takie rzeczy stwierdzam, kiedy sypiać zaczynam wyłącznie w komunikacji miejskiej- i robię się drażliwa jak temat PiSu w tramwaju.
I jak to wszystko pogodzić? Jak żyć? :D

 

środa, 9 września 2015

Cz. I
Lipiec i sierpień bez komputera w domu były cudowne. Okazało się nagle, że po pracy zostaje tyyyyle czasu na czytanie, bazgranie, granie, gotowanie, oglądanie, patrzenie, pstrykanie i masę innych przefajnych "...nie".

Tak ZUPEŁNIE abstrahując od braku komputera- czy też uważacie, że najbardziej się ludziom pierdoli w głowach z nudów? Kiedy tego kompa na podorędziu nie ma, w komórce krótka bateria albo jej brak a tymczasem zostaje mnóstwo czasu do, dajmy na to, przyjazdu najbliższego autobusu... No i taka sytuacja dość regularnie zaczęła mi się przytrafiać. (Tyle tylko, że bateria pełna, ale co się będę w ekran lampić.) Mianowicie, wracając z pracy zdarzało mi się niemal codziennie czekać na ostatnim i pierwszym zarazem przystanku miejscowego PKSu aż ten łaskawie raczy może przybyć a może i nie. Odjazd 19:10, na przystanku lądowałam za pięć, no i 15 minut mi zostawało na durne rozkminy. Kierowca z reguły przybywał mniej więcej 3 minuty po mnie, stawał na samym końcu przystanku, gasił silnik i radośnie wykorzystywał swoją przerwę. 

Siadając za którymś tam razem na wyświechtanej przelotnimi dupskami ławeczce złapałam się na twardej rozkminie o charakterze pracy owego pana.
Bo czy taki kierowca autobusu, kiedy zajeżdża sobie na przerwę na ten ostatni przystanek i stoi tam przeżuwając kanapkę a gro ludzi stoi przy krawężniku wpatrując się w niego  z napięciem głodnym powrotu wzrokiem (swoją drogą- taka scena zalatuje pewnie horrorem jeśli by spojrzeć na to z boku), czy taki kierowca czuje się jak szaman naszych czasów, władca serc/dusz/myśli ludzkich, bo to właśnie od JEGO decyzji zależy, kiedy ostatecznie ruszymy, czy może jednak się stresuje? Że, na przyklad, tłuszcza rozzłoszczona przypuści szarżę na jego pojazd zmuszając go do jazdy...?

Mówię o braku komputera, itd. że produktywność taka wysoka a świat grafikę ma świetną, ale oczywiście, korzystam z wszechogromnistych internetów. Oczywiście, w mojej kieszeni znajdzie się smartfon, z którego korzystam. Ale pomimo, że rozumiem, że to znak naszych czasów i ich "choroba cywilizacyjna", jednak ciężko mi się pogodzić z tym, że coraz mniej ludzi chce, umie, próbuje zastępować kontakt face2face komunikatorami, mesendżerami, SMSami i całym tym tałatajstwem. Nie twierdzę, żeby nie używać laptopów, tabletów, telefonów, oczywicha, że wszystko jest dla ludzi, ale jak widzę współczesne gimnazjum-liceum, które z elektronicznymi zabawkami uprawia zabawę równoległą na poziomie przedszkolaków spędzając czas niby razem, ale oddzielnie, to jednak fejspalm bardzo mocno. Pomijając już zupełnie styl ich wypowiedzi, bo mylenie bynajmniej z przynajmniej to już klasyka banału, niestety... zombie z słuchawkami w uszach, niebieską poświatą na mordach i minami zdziwionego wielbłąda, bo przecież gógle za nich myśli. ;) Tak fizoloficznie rzecz ujmując, jak dobrze by na to spojrzeć, to w pewnym sensie już nie żyjemy. Też jesteśmy swego rodzaju zombie, pozbawionymi energii i radości życia, niewolnikami swoich uzależnień i niemiłości.
Mając zatem zdecydowanie dość marudnego, nienawistnego (wszak #uchodźcy i ich widmo), nudnego jak flaki z olejem społeczeństwa postanowiłam przełamać rutynę dnia codziennego. Wszak coś od życia się nam należy i to, że ma się 400 zł w portfelu nie oznacza, że nie można pojechać za granicę na udane wakacje...


Cz. II

No pewnie, że można. I to jeszcze w dwie osoby. 15 czerwca spakowałam się, wzięłam chłopa do samoobrony i radośnie wybraliśmy się w podróż autostopem dookoła Czech i do Chorwacji. Z przyczyn podyktowanych NFZtem do Chorwacji nie dotarliśmy, aaaale Tanvald, Jablonec, Żelazny Brod, Pragę, Hradec, Jaromer i kilka innych odwiedziliśmy. Czeska mentalność jest niesamowita i resetująca. Bez marudzenia, pomocni, rozmowni, etc... nie tylko w stolycy. Poznaliśmy gro zajebistych ludzi nacji i zainteresowań wszelakich, którzy dzielili się jedzeniem, alkoholem miejscem do spania, przeżyciami, uśmiechem a nawet jak czeba było to i srajtaśmą. Błogo upłynął ten ciut ponad tydzień w kraju, w którym piwo jest tańsze od wody mineralnej. Piotr Czerwiński napisał- "Życzę wam kiedyś stanąć o świcie na środku pustego mostu Karola. Jeśli na dodatek zrobicie to z powodu kobiety, on będzie walił wam wokoło zamiast serca, a w uszach będzie słychać wrzask, chociaż nikt nie będzie wrzeszczeć. Starówka naokoło będzie grała wstrząsające symfonie, chociaż nie będzie tam orkiestry. Krwawy świt ochlapie was malinową herbatą, choć będzie sucho. Ten most daje po ryju i utula po własnych ciosach, jest taką wielką, nieprzebraną, bolesną poezją." Nie stałam tam z powodu kobiety. świt przywitał nas szarym niebem i odrobiną mżawki, ale siedząc na moście z nogami dyndającymi nad wolnym nurtem Wełtawy, z butelką cydru w ręku i niebostanem w głowie, kiedy turyści nie walą drzwiami i oknami tylko nieliczni przechodnie przemykają Praga robi niesamowite wrażenie.


A teraz, siedząc spokojnie w domu, zamieniając powoli świat na przeprowadzkowe kartony stwierdzam: po przejściu przez Hradec 20 kilometrów z ciężkimi plecakami, głodni jak sam skurwysyn, nie wiedząc jeszcze, gdzie będziemy spać tej nocy i czy w ogóle, dopadliśmy sklepu. Tam kupiliśmy jeszcze ciepły chleb, sałatkę ze śledzia i piwo. Usiedliśmy w najbliższym parku patrząc, na zachód słońca nad jakimś stawikiem, dzieciaki za nami ćwiczyły spacer na line a chleb okazał się najlepszym, jaki w życiu jedliśmy. Może dlatego, że nic więcej wtedy do szczęścia nie było nam trzeba, a może dlatego, że tak naprawdę nie pewność jutra i ilość zgormadzonych rzeczy jest najważniejsza tylko spokój ducha i głowy? I tylko przejść nam trzeba czasem te kilometry, żeby to zrozumieć.
Spaliśmy na drugim końcu miasta, za drzewami tuż obok stadionu modelarskiego. Chleba przywieźliśmy sobie do domu, wraz z kliszą 36 zdjęć.
Z tej perspektywy spakowanie kilku kartonów przestaje być wyzwaniem nie do pokonania. Byle nie brać do nich złego humoru, stresu i nerwów. A cała reszta? Lepiej będzie usiaść na własnej kanapie z kubkiem gorącej herbaty. Reszta przyjdzie sama, wystarczy jej drobna zachęta.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Czy zastanawialiście się kiedyś, drodzy Czytacze, ile czasu bezmyślnie, bezproduktywnie spędzacie? Mnie czasem się zdarza...
Od pewnego czasu używam facebooka. Założyłam, bo był mi potrzebny do kontaktów z określoną grupą ludzi. Niejako przy okazji zaczepiło się tam i kilku innych znajomych, tych najbliższych i tych, których widuję rzadziej... no i kilka osób, z którymi kontakt utrzymywać z takich czy innych powodów muszę. Z fejsbuka nie wylogowuję się nigdy, zaglądam tam jednak wyłącznie wieczorem albo wtedy, gdy potrzebuję coś sprawdzić, gdyż okazał się niezgłębionym źródłem informacji. Jest 14 i masz ochotę na piwo a nie wiesz, który lokal jest otwarty? Gugle nie powiedzą, a fejsbuk powie! Gdzie kupić bilety na koncert? Voila! Co dzieje się dziś w Twoim mieście? Proszę bardzo, spis od ręki!
No właśnie. Fejsbuk jest świetnym źródłem informacji i... chyba wyłącznie.

Swego czasu uwielbiałam patrzeć, jak ludzie robią ze swoich żyć opery mydlane. Zdjęcia wszystkiego- od dzieci, zwierzaków, samochodów i motocykli, nich samych, przez nieudane fotomontaże, buty, kiecki, flaszki... wstawiają linki do bezsensownych obrazków, swoich dzieł i "dziełek", zamieszczają swoje przemyślenia i pseudointelektualne wyziewy... no komedia. Wiele osób, które naprawdę lubiłam, straciło w moich oczach przez to, co zamieszczają na "fejsie", w jaki sposób bronią tam swoich racji i jak bardzo przeczy to z tym, co wyznają w "realu".

Do dziś z 24 obserwowanych osób zostały 4.

Jak to się ma do marnowania czasu?
Ile zbędnej energii poświęcasz co dzień na "hejt" laski, której nie lubisz, bo wstawiła kolejne zdjęcie? Ile czasu zajmuje Ci ogarnięcie swojej tablicy i wyłowienie z niej tego, co naprawdę Cię interesuje?


Ameryki nie odkryłam, wiem, ale... ludzie, którzy całe życie przenoszą do Internetu muszą je mieć wybitnie nudne. Albo mają naprawdę mało wyobraźni...

Do następnego, Czytaczu! :)

sobota, 4 kwietnia 2015

Mam wrażenie, że jeszcze czas jakiś temu, nie tak dawno wcale, życie było zdecydowanie prostsze.
Bóg nie zrobi ponownie potopu. To bez sensu- zniszczy nas biurokracja.
Biurokracja, która jest w stanie zepsuć najpiękniejszy dzień swoim porażającym bezsensem, o czym świetnie wie każdy, który próbował chociaż raz załatwić coś w ZUS-ie. Chociaż raz. Albo próbował załatwić coś u lekarza. Idziesz do rodzinnego po skierowanie do specjalisty. Specjalista na NFZ ma wolny termin dopiero za 2 lata, więc stwierdzasz, że prędzej zdechniesz, niż się dostaniesz. W tej sytuacji, jeżeli masz możliwość, decydujesz się zabulić i iść prywatnie i właśnie wtedy okazuje się, że niezbędna będzie ci operacja, jednak, żebyś mógł się na nią zapisać musisz wypełnić zylion druczków a lekarz musi być w przychodni państwowej, więc zapisujesz się do tej cholernej kolejki i zajmujesz miejsce komuś, kto być może potrzebuje go bardziej, tylko po, żeby dostać świstek, który daje możliwość zapisania się na zabieg. Tam okazuje się, że najbliższy
termin masz za minimum pół roku przy dobrych wiatrach, ale do lekarza musisz iść jeszcze raz, bo co z tego, że dał niezbędną karteczkę a ty nawet się zapisałeś, kiedy ona za chwilę straci ważność i żeby mieć swój zabieg wykonany będziesz musiał iść po kolejną karteczkę, identyczną jak poprzednia, tylko z datą nowszą. A wszystko dzięki biurokracji.

Biurokracja jest wszędzie i potrafi zepsuć wszystko, łącznie z imprezą. Kiedyś jak szło się na koncert, to rodzaje biletów były co najwyżej trzy- płyta, trybuny, VIP. Ostatnio chcąc kupić bilet na koncert pewnego muzyka, którego twórczość bardzo sobie cenię wybrałam się do jednego z punktów sprzedaży detalicznej dużej sieci sklepów oferujących nowości wydawnicze (na literę E). Podchodzę do lady, za którą stoi uśmiechnięta pani razem z uśmiechniętym panem i za wszelką cenę chcą mi pomóc, zatem postanawiam im wyjawić, co mnie dręczy:
- Dzień dobry, bilet na koncert Pana X chciałam kupić.
- Oczywiście, a jaki sobie pani życzy? Na płycie czy na trybunach?- odpowiada przemiły uśmiechnięty pan
- Na płycie poproszę.
- Dobrze. Chce pani Golden Circle, Golden Circle Pierwszy Rząd, Golden Circle VIP z wejściem na bekstejdż, Second Circle z prawem wejścia wcześniej, Second Circle, Last Chance?
NOSZ KURWA.
Czasami się zastanawiam, jak do cholery udało się zawędrować nam, ludzkości, w ten cokolwiek zwariowany zakątek Matrixu.

Z innej beczki- znalazłam ostatnio we wszechogromnistych Internetach artykuł o ludziach, którzy robią skarpetki wyglądające jak sushi. Serio, sushi-skarpetki, wyguglujcie sobie. Niech mi ktoś wytłumaczy, niech mi powie, bo nie mogę tego pojąć: jak, JAK ludzie wpadają na takie pomysły? Co nimi kieruje, jak do tego dochodzą? Siedzą przy śniadaniu i myślą "chciałbym mieć skarpetki, które wyglądają jak sushi..."? Samorodni geniusze czy jak? :D

Do następnego, Czytaczu!

poniedziałek, 16 lutego 2015

Walentynki były. Święto (złych) Murarzy, WaląTynki. Święto obłudy, miłości na pokaz, pękniętych gum i wzrostu liczby samobójstw. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie sklepowe wystawy, które w skrajnych przypadkach od połowy stycznia do 14 lutego zdążą dokumentnie obrzydzić, zniesmaczyć tę imprezę. Co roku to samo- kiczowate kubki, białe misie, serduszka w pierdyliardzie form, baloniki na ulicach, lizaki, nawet, zestawy gumek i lubrykantu w puszkach w kształcie, a jakże, serca. Jeszcze viagrę powinni dokładać.
A gdzie, do jasnej anieli, miejsce na odrobinę kreatywności?! W tej całej komercyjnej imprezie, która zarzuca nas ze wszystkich stron kultem miłości, namawia do szukania "tych jedynych", krzyczy jak wspaniale jest być razem i kochać, najmniej miejsca jest właśnie dla miłości.
Raczej nie "świętuję". Chociaż w tym roku było inaczej- 13 własnoręcznie zrobiłam kartkę, miło ze swoją Walentynką spędziłam dzień. Następnego ranka dostałam śniadanie, całusa a potem... cały wieczór przetańczyliśmy razem na weselu świetnie się bawiąc.

Do następnego, Czytaczu!